Parafia Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Białej Podlaskiej

DIECEZJA
SIEDLECKA

   

19 lipca 2018 r. Imieniny obchodzą: Alfred, Wincenty, Włodzisław

  NAJŚWIĘTSZA MARYJO PANNO WNIEBOWZIĘTA - MÓDL SIĘ ZA NAMI ...    
LITURGIA SŁOWA



Czytania:
Iz 26,7-9.12.16-19; Ps 102 (101), 13-14b. 15-16. 17-19. 20-21; Mt 11,28-30
Ewangelia:
Mt 11,28-30

Czytania na dzień dzisiejszy - www.mateusz.pl

GALERIA ZDJĘĆ
CECYLIA 2017
Radio Maryja
Rok 2013
Rok 2012
Rok 2011
Rok 2010
Rok 2009
 
FILMY VIDEO
2013 rok. Wyjście Pielgrzymów do Saktuarium w Leśnej Podlaskiej - 25 sierpień
2013 rok. Pierwsza rocznica sprowadzenia relikwii Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki
2012 rok. Przyjęcie relikwi Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki. Warszawa
2012 rok. Przedstawienie w dniu wprowadzenia relikwii Bł. Ks. Jerzego do naszej świątyni
 
BIERZMOWANIE
Informacje dla kandydatów do bierzmowania kl. III gimnazjum
Grupy
Informacje dla kandydatów do bierzmowania kl. II gimnazjum
Konferencje dla rodziców
 
Serwis informacyjny KRP

Eryk z Międzyrzeca i jego debiutancki teledysk /VIDEO/

Mieszkańcy i wójt nie chcą kolejnej chlewni w sąsiedztwie

Siedlce: koszty reformy oświaty

Kolizja z udziałem czterech aut

Inwestycje w gminie Łomazy

Są pieniądze na rewitalizację parku

Opening Possibilities - otwarte warsztaty tańca współczesnego

Jesienny terminarz Pogoni

Burmistrz Radzynia w sprawie pikiety przed Urzędem Miasta

Radzynianie grają w Gothia Cup

Barciak i Krawczyk zostają

Słuchaj na żywo KRP


        

 
MENU GŁÓWNE
STRONA GŁÓWNA
OGŁOSZENIA PARAFIALNE
INTENCJE MSZY ŚW. NA AKTUALNY TYDZIEŃ
Pielgrzymki parafialne
Dane kontaktowe
Informacje o parafii
Krótka historia parafii
Porządek nabożeństw
Obecni Duszpasterze
Pracownicy kościelni
Siostry Niepokalanki
Kościół wewnątrz - Zdjęcia
Kaplica boczna - Zdjęcia
Relikwie Ks. Jerzego - Zdjęcia
 
KANCELARIA PARAFII
UWAGA W poniedziałki, niedziele i święta Kancelaria jest nieczynna
GODZINY OTWARCIA
Informacje dotyczące pogrzebu katolickiego
Formalności związane z zawarciem sakramentalnego małżeństwa
 
PORADNIA RODZINNA
Godzinny funkcjonowania Katolickiej Poradni Rodzinnej
Terminy Kursów Przedmałżeńskich organizowanych w naszym mieście
 
WSPÓLNOTY PARAFIALNE
Akcja Katolicka
Koła Żywego Różańca
Grupa Liturgiczna
Ministranci
Lektorzy
Domowy Kościół
Ruch Światło-Życie
Duchowa Adopcja
Krąg biblijny
Czciciele Bożego Miłosierdzia
Schola Młodzieżowa
Chór Parafialny
Zespół Charytatywny
 
SŁUŻBA LITURGICZNA
FILMY INSTRUKTAŻOWE DLA MINISTRANTÓW
Zasady Punktacji
Modlitwy Służby Liturgicznej
Wskazania dla LSO
Zasady Ministranta
Historia Ministrantów
 
SAKRAMENTY ŚWIĘTE
Ważne! Wskazania odnośnie udzielania sakramentów
Chrzest
terminy katechez
dla rodziców i chrzestnych
Eucharystia
Pokuta i pojednanie
Bierzmowanie
Namaszczenie chorych
Kapłaństwo
Małżeństwo
 
NOWENNA DO MBNP
Zaproszenie na Nowenny
do Matki Bożej Nieustającej Pomocy
Historia Ikony Matki Bożej Nieustającej Pomocy
Szczegółowy Opis Obrazu
Modlitwy do Matki Bożej Nieustającej Pomocy
 
SIOSTRY NIEPOKALANKI
Początki Domu Sióstr Niepokalanek w Białej Podlaskiej
 
CIEKAWE LINKI
ZAKŁAD POGRZEBOWY HADES w Białej Podlaskiej
PRZEDSIĘBIORSTWO WIELOBRANŻOWE KOMUNALNIK w Białej Podlaskiej
PARAFIA CHRYSTUSA MIŁOSIERNEGO
BIALSKA PARAFIA NARODZENIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY
BIALSKA PARAFIA BŁOGOSŁAWIONEGO HONORATA
KOŚCIÓŁ ŚW. ANTONIEGO W BIAŁEJ PODLASKIEJ
PARAFIA W ORTELU KRÓLEWSKIM
PARAFIA W KODNIU - SANKTUARIUM MATKI BOŻEJ
PARAFIA W LEŚNEJ PODLASKIEJ - SANKTUARIUM MATKI BOŻEJ
PARAFIA W PRATULINIE - SANKTUARIUM MĘCZENNIKÓW PODLASKICH
Diecezja Siedlecka
Wyższe Seminarium Duchowne
Katolickie Radio Podlasie
Podlaskie Echo Katolickie
Duszpasterstwo Akademickie w Białej Podlaskiej
Caritas Diecezji Siedleckiej
Misericordia Caritas - Biała Podlaska
Piesza Pielgrzymka Podlaska
Droga Neokatechumenalna
Muzeum Diecezjalne w Siedlcach
Domowy Kościół - Biała Podlaska
Nasz Dziennik
Tygodnik Niedziela
Tygodnik Gość Niedzielny
Tygodnik Powszechny
Portal Wiara
Portal Kapłani
Episkopat
EKAI
Strona Radia Watykańskiego
Liturgia Godzin
Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Białej Podlaskiej
Miejska Biblioteka Publiczna w Białej Podlaskiej
Internetowa Księgarnia Religijna w Białej Podlaskiej
Dzieło Biblijne - Słowo Boże
PUBLICZNE GIMNAZJUM NR. 3 w Białej Podlaskiej
PUBLICZNE GIMNAZJUM NR. 4 w Białej Podlaskiej
SZKOŁA PODSTAWOWA NR. 3 w Białej Podlaskiej
SZKOŁA PODSTAWOWA NR. 5 w Białej Podlaskiej
MIEJSKI OŚRODEK KULTURY w Białej Podlaskiej
URZĄD MIASTA w Białej Podlaskiej
URZĄD PRACY w Białej Podlaskiej
 
 
 
Konferencje dla rodziców
 
 

 

Na podstawie książki M. i M. Gajdów Rozwój. Jak współpracować z łaską?

KATECHEZA 1. INTEGRALNY ROZWÓJ CZŁOWIEKA.

Człowiek jest istotą niezwykłą, bo żyje na styku świata ducha i materii. Jego ciało zbudowane jest z aminokwasów, podobnie jak ciało jaszczurki, motyla lub wieloryba. Poci się, odżywia i wydala, wypadają mu włosy, tyje lub chudnie, łamie sobie kości. Czasem ciało odczuwa ból, czasem czuje się dobrze, jednak od pewnego momentu starzeje się nieustannie, aż w końcu umiera i rozsypuje na miliardy atomów. Gdyby zależało mu wyłącznie na tym, by się najeść, napić i zaspokoić instynkt przedłużania gatunku, biologia wystarczałaby do tego, by wytłumaczyć sens ludzkiej egzystencji. Jednak tak nie jest!

Istnieją dziwne miejsca, zwane galeriami sztuki, które człowiek wypełnił czymś, co nie ma żadnego zastosowania z punktu widzenia zwykłego zwierzęcia. Wytwarza on dźwięki, które nazwał muzyką, i to również nie ma żadnego praktycznego celu. Buduje dziwne budowle, w których nikt nie mieszka, a przychodzi tam, by czynić coś, co nazwał modlitwą. Przede wszystkim jednak, niektóre osoby są gotowe oddać życie z miłości do nieprzyjaciół, a to zaprzecza instynktowi przetrwania. Ten absurdalny krok nie daje się wytłumaczyć teorią Darwina.

Ludzka osoba należy więc także do porządku nadprzyrodzonego, ponadnaturalnego, do świata ducha, a wyraża się to przede wszystkim poprzez zdolność do miłości i wrażliwość na piękno. Tylko człowiek potrafi wzruszyć się do łez, czytając wiersz. Tylko człowiek, bez żadnego wyraźnego celu, wchodzi na wierzchołek jakiejś góry. Tylko człowiek może całkowicie bezinteresownie obdarowywać drugiego.

Fragment z Ewangelii według św. Mateusza (por. 13, 33) mówi o tym, że Królestwo Niebieskie podobne jest do kobiety, która włożyła zakwas w trzy miary mąki. Ewangeliczną przypowieść można odnieść do ludzkiej natury. Każdy człowiek posiada trzy sfery: ducha, psychikę i ciało. Każda z tych sfer jest ważna i wpływa na dwie pozostałe. Są one niczym trzy miary mąki – trzeba w nie włożyć zakwas, aby się wszystko zakwasiło. Dopiero wtedy będzie można wypiec chleb, który kogoś nakarmi. Tym ewangelicznym zakwasem jest Łaska Boża, z którą można świadomie współpracować, podejmując pracę nad sobą.

Dlatego temat rozwoju, w ujęciu chrześcijańskim, dotyczy właśnie jej – tej tajemniczej siły, nieskończenie łagodnej, a zarazem stanowczej. Niewidocznej, lecz wszędzie obecnej, która nieustannie pragnie popychać nas ku miłości. To ona wylewa się nadobficie, cierpliwie czekając na odpowiedź człowieka. Łaska całkowicie pozbawiona przemocy i autorytaryzmu. Przyzywa, nie przymuszając: „Możesz, możesz, możesz... Więcej, wyżej, szerzej, głębiej... (por. Ef 3, 18). Możesz mieć udział w życiu Tego, od Którego wszystko pochodzi...".

Łaska to nadprzyrodzone udzielanie się Boga człowiekowi.[1] To ona stoi u początków ludzkiego rozwoju. Jeśli człowiek chce się rozwijać, to dlatego, że już w nim ona zadziałała. Jego rozwój dokonuje się dzięki łasce i we współpracy z łaską. Sam z siebie niczego nie może on uczynić. Zakwas pochodzi z zewnątrz. Nie prosiliby on o łaskę, gdyby ona wcześniej nie uzdolniła go do tego.

Duch, ciało i psychika wpływają na siebie i w jakimś sensie wzajemnie przenikają, nie mieszając się jednak ze sobą. Nie można pomylić porządków: co duchowe to duchowe, co fizyczne to fizyczne, co emocjonalne to emocjonalne. Jednak duchowe wyraża się w emocjonalności i w ciele. Cielesne ma wpływ na emocjonalność i duchowość. Osobowość ma wpływ na to, jak funkcjonuje człowiek w świecie materialnym i jaką drogę rozwoju wewnętrznego podejmie. Duch, psychika i ciało nie są jednak równorzędne. Uznaje się prymat ducha, ponieważ to on czyni ludzką osobę kimś wyjątkowym na tym świecie: Nie bójcie się tych, którzy zabijają  ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle (Mt 10, 28).

Będąc istotą duchową, stworzoną z miłości i dla miłości, człowiek jest bardzo wrażliwy. Można go zranić słowem, można go także zranić brakiem słowa. A to jeszcze nie wszystko! Człowieka można zranić spojrzeniem lub nawet brakiem spojrzenia! To coś zupełnie wyjątkowego! Nie ma na tym świecie drugiej tak kruchej istoty. Gdybyśmy nie byli stworzeni do miłości, ewolucja już dawno wyzbyłaby się niepotrzebnej słabości, którą jest nasza nad-wrażliwość.

Ponieważ życie nie kończy się wraz ze śmiercią ciała i wykracza poza to, co widzialne, życie wewnętrzne jest najistotniejsze dla rozwoju człowieka. Dlatego adekwatna dla osoby ludzkiej, a więc i w pełni skuteczna, może być tylko taka terapia, która uwzględnia duchowość.[2] Każde inne podejście, mniej lub bardziej, redukuje człowieka.

Współczesna nauka lekką ręką podpisuje deklarację, że łaska, o ile w ogóle istnieje, nie ma żadnego wpływu na badania i wyniki naukowe. Naukowym miałoby być wyłącznie to, co można zmierzyć. A jednak nawet dziedziny ścisłe, takie jak matematyka i fizyka, dochodzą w swym rozwoju do granic, w których rozróżnienie pomiędzy tym, co mierzalne a tym, co filozoficzne zaciera się. Jeśli tak się dzieje, o ileż bardziej psychologia powinna uwzględnić duchowość! Kto udowodnił, że duch i łaska nie istnieją? Założenie, że człowiek może osiągnąć pełną integrację i rozwój bez uwzględnienia duchowości, zakrawa na arogancję intelektualną, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę doświadczenie wszystkich wielkich tradycji i kultur. To nie chrześcijanie mają się tłumaczyć z faktu, że w procesie rozwoju człowieka uwzględnia się działanie łaski i życie duchowe. To raczej ci, którzy redukują człowieka do poziomu biologii, powinni wykazać, na jakiej podstawie to czynią. Kto żyje w głębszym spokoju emocjonalnym: Europejczycy, zużywający tony używek, „znieczulaczy" i leków psychotropowych, czy ludy, które tak pochopnie nazywamy czasem „prymitywnymi”? Ciągle napotykamy na historie ludzkie, które dowodzą, że życie wewnętrzne wpływa na integrację emocjonalną. Nerwice, depresje, uzależnienia, kompulsje i zaburzenia psychiczne, na które cierpieli wielu ludzi, wynikają bardzo często z odrzucenia duchowego wymiaru życia.

Niedojrzałe postawy zdarzają się także po stronie ludzi religijnych. O ile, na szczęście, coraz rzadziej słyszy się stwierdzenia w rodzaju: „Masz depresję? Musisz więcej zaufać Panu Jezusowi, a wszystko się rozwiąże!”, to jednak ciągle wielu wierzących odnosi się nieufnie do psychologii, widząc w niej zagrożenie dla religii lub obawiając się, że praktyki terapeutyczne mogą sprowadzić na człowieka złego ducha. W niektórych środowiskach lęk przed diabłem jest tak wielki, że właściwie każde działanie terapeutyczne jest podejrzane. Sformułowania w rodzaju „technika relaksacyjna” już wywołują niepokój. Zdarzają się nauczyciele, którzy zamiast głosić zwycięstwo Jezusa, koncentrują się ciągle na niebezpieczeństwach duchowych. Paradoksalnie dochodzą w ten sposób niemal do manicheizmu lub typowo pogańskiego myślenia magicznego w chrześcijańskim „opakowaniu”: wszechmocne zło miałoby czyhać wszędzie, a świadomy wybór człowieka – życie w łasce sakramentalnej, decyzja kroczenia za Jezusem – zdawałby się mieć drugorzędne znaczenie. Niepokoi także fakt, że zjawiska dające się wytłumaczyć psychologicznie, uważa się czasem za duchowe (ponadnaturalne). Szkodzi to duchowości, która może zostać odrzucona przez kogoś, kto, mając wiedzę na temat zjawisk emocjonalnych, wszystko, co religijne, uzna „hurtem” za „nieoświecone”.

Za postawami pełnymi podejrzliwości stoi brak zrozumienia. Ojcowie pewnych gałęzi psychoterapii byli obojętni religijnie lub nawet znajdowali się w opozycji wobec Kościoła. Nie zmienia to jednak faktu, że niektóre ich osiągnięcia posunęły współczesną psychologię naprzód. Ktoś, kto błądzi filozoficznie lub nawet moralnie, może napotykać ziarna prawdy. Ignorowanie pewnych koncepcji Z. Freuda tylko dlatego, że nie był wierzącym katolikiem byłoby dziś absurdalne. Gdyby zamknąć się w granicach wyznaczanych przez nieufność, można byłoby się znaleźć na peryferiach nauki. Co nie znaczy, że należy bezkrytycznie przyjmować wszystko, na co napotyka się w różnych prądach psychoterapii!

W rzeczywistości człowiek nigdy nie staje w konflikcie pomiędzy teologią a psychologią. Jeśli ktoś znalazłby sprzeczność pomiędzy tymi dziedzinami, znaczyłoby, że gdzieś popełniono błąd: w teologii lub w psychologii. Im dłużej pracuje się na styku tych dwóch dziedzin, tym bardziej zachwyca fakt, że prawda jest jedna. Można ją opisywać różnymi językami naukowymi, co nie zmienia stanu rzeczy, że ma się do czynienia z integralną wiedzą o człowieku.

Jest on jedyną istotą należącą jednocześnie do świata duchowego i materialnego. Z tego faktu wynika jego niepowtarzalne piękno i możliwości, ale także napięcie i trud istnienia. Im większy dar, tym więcej pracy trzeba włożyć, by go właściwie wykorzystać. Rozwój, o którym mówi się, jest jednym procesem, obejmującym całego człowieka: ciało, ducha i psychikę.

Ludzka istota została stworzona i nieustannie staje się. I ma ona wpływ na to, kim się staje!

KATECHEZA 2. CEL ROZWOJU CZŁOWIEKA

Podobnie jak nie można postawić domu bez fundamentu, tak nie można świadomie podjąć własnego rozwoju, jeśli się nie wie, do czego ten rozwój ma prowadzić. Jezus zapytany o najważniejszą zasadę życia bez wahania wskazał na przykazanie miłości. Wybrał je spośród sześciuset czternastu przykazań Tory, jako to, które nadaje właściwy kierunek życiu ludzkiemu. W ujęciu chrześcijańskim człowiek istnieje po to, by miłować i spełnia się dopiero wtedy, gdy miłuje.

CELEM ROZWOJU CZŁOWIEKA JEST MIŁOŚĆ.

Można postawić pytanie: dlaczego właśnie miłość została postawiona jako cel rozwoju człowieka? Odpowiedź podają mistycy: ponieważ Bóg jest miłością, a człowiek ma się zjednoczyć z Bogiem. Celem życia człowieka jest Bóg. Tę niesamowitą perspektywę rysuje przed nami duchowość! Pełny rozwój człowieka wyraża się w tym, że człowiek miłuje jak Bóg, mając udział w Jego wewnętrznym życiu (w teologii – zjednoczenie przebóstwiające). A więc wszystko, co służy naszemu ostatecznemu celowi (być jedno z Bogiem w miłości), popycha nas we „właściwą stronę". Św. Jan od Krzyża powiedział, że pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości. Sąd ostateczny nie musi być rozumiany jak coś zewnętrznego. Odrzucając rozwój ku miłości, sami narażamy się na cierpienie. Całkowite odrzucenie miłości umieszcza człowieka w piekle. Również z punktu widzenia psychologii przykazanie miłości jest dla człowieka najzdrowsze. Kto zmierza ku dojrzałej miłości, automatycznie staje się człowiekiem bardziej zintegrowanym i coraz zdrowszym emocjonalnie.[3] Ostatecznym celem rozwoju jest miłość. Wobec tego każdy cząstkowy rozwój: fizyczny, emocjonalny, materialny, intelektualny, artystyczny czy religijny ma sens o tyle, o ile przybliża nas do celu najważniejszego. Jeżeli praca nad sobą i doskonalenie w jakiejś dziedzinie nie służy miłości, wówczas z chrześcijańskiego punktu widzenia przestaje mieć znaczenie lub nawet staje się czymś szkodliwym.

Można sobie wyobrazić, że ktoś osiąga wyżyny rozwoju fizycznego – zostaje złotym medalistą olimpijskim, zdobywa wszystkie ośmiotysięczniki lub osiąga niezwykle zgrabną i wysportowaną sylwetkę. Te wszystkie osiągnięcia, same w sobie dobre, będą wpływały na rzeczywisty rozwój osoby podejmującej wysiłek jedynie wówczas, gdy znajdą się w służbie miłości, a nie egocentryzmu. Jeśli rozwój fizyczny będzie zaprzeczał miłości, np. przez niszczenie konkurencji, zawiść, narcyzm, wtedy złoty medal olimpijski, zawieszony na szyi sportowca, może stać się kołem młyńskim, pociągającym go w przepaść. Gdy zgasną światła i zostaną wyłączone kamery, a trybuny opustoszeją, człowiek zostaje sam ze swoją ciemnością. I nie chodzi tu o jakieś dewocyjne straszenie „karą Bożą”, ale o rzeczywiste, subiektywnie odczuwalne poczucie klęski, nieszczęścia i oderwania od życia, które będzie mu towarzyszyło, jeśli zainwestował wszystkie swe wysiłki w rozwój ciała, ale uczynił to, nie podporządkowując ich miłości.

Są czasem ludzie, którzy osiągnęli szczyty w zakresie umiejętności komunikacyjnych. Potrafią świetnie stawiać granice, skutecznie przekazują swą wiedzę, zdobyli wspaniałe umiejętności interpersonalne, a jednak i oni będą przeżywać mniejszy lub większy dyskomfort emocjonalny w sytuacji, gdy ich rozwój odbywać się będzie poza porządkiem miłości.

NIE MA DOJRZAŁEJ MIŁOŚCI BEZ POSTAWY ASERTYWNEJ, JEDNAK ASERTYWNOŚĆ SAMA W SOBIE NIE JEST CELEM NASZEGO ROZWOJU.

Aby właściwie miłować, trzeba umieć powiedzieć „nie”, stawiać granice i wymagania, jednak osiągnięcie asertywności nie kończy rozwoju człowieka. Celem rozwoju jest miłość.[4] Słyszy się czasem, że ktoś osiągnął spektakularne wyniki w nauce i dokonał wielkich odkryć, pozostając zupełnie infantylnym w porządku relacji międzyludzkich – nieumiejącym budować związków z ludźmi, apodyktycznym lub wycofanym. Nauka może stać się formą ucieczki lub próbą zaistnienia w świecie, ale jedynie miłość pozwala człowiekowi unieść trud egzystencji i dać mu głębokie poczucie szczęścia i sensu istnienia.

Jest oczywiste, że rozwój materialny czy bogactwo i sława nie służą często ostatecznemu celowi człowieka. Same w sobie nie są z natury czymś złym, ale zdarza się, że zamykają na miłość. Może to kogoś zaskoczy, ale także rozwój religijny może nie służyć miłości lub nawet od niej oddalać. Człowiek jest istotą religijną z natury. Fakt ten w zasadzie nie wymaga uzasadnienia, wystarczy prześledzić historię ludzkości. Ateizm tylko potwierdza istnienie powszechnego instynktu religijnego, ponieważ, aby zostać ateistą, trzeba odrzucić coś, co ma się niejako we krwi. Większość ludzi wyczuwa istnienie Siły Wyższej. Rytuał religijny jest czymś pozytywnym i wypływa z głębokiego przekonania człowieka, że istnieje jakaś Rzeczywistość większa i głębsza niż wszystko, co nas otacza, a bycie człowiekiem to coś więcej niż spożywanie i wydalanie. Człowiek nie może sam siebie zrozumieć bez Siły, którą przez wieki i w różnych kulturach wyraża i nazywa na przeróżne sposoby[5]. Religijność wszystkich ludów jest wyrazem umieszczania się człowieka w porządku stworzenia: jest COŚ więcej, jest KTOŚ więcej. Tajemnicza Siła, stale obecna w zbiorowej świadomości, jaką tworzy przez dzieje rodzina ludzka, nieustannie zaprasza do podejmowania życia wewnętrznego. Religijność jest cenna, bo stwarza przestrzeń dla samoobjawiania się Mocy, która ingeruje coraz głębiej w życie ludzi, wskazując na Samą Siebie, jako na ostateczny cel ludzkiej egzystencji. Religia karmi się także zachwytem nad stworzeniem, który jest naturalnym doświadczeniem kontemplacyjnym (źródła pozytywne religijności).

Człowiek, otoczony pięknem stworzenia, przeżywa jednak ogromne osamotnienie. Jest ono skutkiem swoistego „oderwania od Ojca”, które w Tradycji Katolickiej nazywamy grzechem pierworodnym. Podstawowym uczuciem, towarzyszącym ludzkości po tym tragicznym „pęknięciu”, jest lęk. Na Boże wołanie: „Adamie, gdzie jesteś?” – pierwszy człowiek odpowie: „Przestraszyłem się, bo jestem nagi”. Lęk może stać się inspiracją dla religijności, która pomaga go opanowywać. Źródła życia wewnętrznego są wtedy zatrute (źródła negatywne religijności), a rytuał, jaki się na tym nabudowuje, nie prowadzi do wolności i rozwoju, lecz do skarłowacenia osoby ludzkiej. Słusznie Karol Marks zauważył, że religia bywa opium dla ludu, bo pozwala niejako oswoić świat i zmniejszyć lęk egzystencji, który jest tak naprawdę lękiem przed przemijaniem i definitywnym unicestwieniem.

RELIGIJNOŚĆ MOŻE PROWADZIĆ CZŁOWIEKA DO MIŁOŚCI, ALE MOŻE TAKŻE STAĆ SIĘ PRZESZKODĄ DLA ROZWOJU, GDY STANIE SIĘ JEDYNIE ZABOBONNYM RYTUAŁEM LUB BĘDZIE WYKORZYSTYWANA DO CELÓW INNYCH NIŻ DUCHOWE (NP. POLITYCZNYCH).

Jeśli człowiek zatrzyma się na religijności zewnętrznej, łatwo może znaleźć się w pułapce pustych obrzędów karmiących się przyzwyczajeniem, tradycją, patriotyzmem, lękiem lub czymkolwiek innym. Osoba, która redukuje w ten sposób religijność, może nawet zabić z powodów religijnych i znaleźć się w opozycji wobec samego Boga.[6]

JEZUS PRZEPROWADZA LUDZKOŚĆ OD RELIGIJNOŚCI (KULT ZEWNĘTRZNY OPARTY NA PRAWIE) DO DUCHOWOŚCI        (KULT WEWNĘTRZNY OPARTY NA ŁASCE).

Nauczyciel z Nazaretu powiedział, że nadchodzi czas, gdy Bogu nie będzie się już oddawało czci na żadnej górze ani w żadnej świątyni. Prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Bogu w duchu i prawdzie. Nie znaczy to oczywiście, że rytuał zewnętrzny lub zorganizowany kult przestał już mieć znaczenie. Sam Jezus nie przestał chodzić do świątyni. Prawdziwa i głęboka duchowość okazuje zawsze szacunek dla przejawów ludzkiej religijności, zarówno dla tradycji, z której sama wyrasta oraz dla innych tradycji religijnych. Jednak Chrystus ukazał, że religia o tyle spełnia swoje zadanie, o ile kieruje ludzi ku doświadczeniu wewnętrznemu, które ostatecznie przechodzi w kontemplację prowadzącą ku zjednoczeniu z Bogiem. Kult zewnętrzny jest niczym ciało dla duszy. Póki żyjemy w świecie materialnym, będziemy potrzebowali rytuału wyrażającego się na sposób zewnętrzny. Podobnie jak dusza przekracza ciało, tak duchowość przekracza religijność. Bóg przekracza wszystkie ludzkie tradycje religijne, nie dając się zamknąć do jednego wyznania. Bóg nie jest żydem ani muzułmaninem, nie jest także katolikiem, w co niektórym jest dość trudno uwierzyć. Odchodzenie ludzi od Kościoła zbyt łatwo tłumaczy się „złymi czasami” lub ateizacją i sekularyzacją wspieranymi przez wrogie religii siły. Jest oczywistym fakt, że nieprzyjaciel nie śpi, jednak kiedy czasy były lepsze?

A może ludzie odchodzą od religii, ponieważ nie znajdują w niej duchowości? Prawdopodobnie instynktownie wyczuwają, że rzeczywistość duchowa nie może być tak trywialnie i powierzchownie przeżywana, jak to się często dzieje w parafialnej codzienności. Po co mieliby trwać w religijności, jeśli ona sama w sobie nie wystarcza, niczego nie wyjaśnia i donikąd nie prowadzi? Gdy odpada motywacja narodowowyzwoleńcza, gdy nie ma już powodów do ukrywania się w kościołach, gdy wielu ludziom powodzi się materialnie coraz lepiej, nie ma już po co chodzić na nabożeństwa – chyba że dla głębi duchowej, ale ona w przeciętnej parafii bywa bardzo ukryta. Doszło nawet do paradoksu polegającego na tym, że kult, który miał prowadzić do mistyki, jest czasem sprawowany tak niedbale, że trzeba być mistykiem, aby odnaleźć w nim obecność Bożą. Nic więc dziwnego, że znudzony i zniechęcony człowiek zaczyna poszukiwać transcendencji gdzie indziej lub w ogóle przestaje jej szukać, goniąc za przyjemnością, która przynosi trochę ulgi. Nie może pragnąć czegoś, czego nie widzi i nie zna. A nie widzi i nie zna dlatego, że nikt mu nie pokazuje. Gdyby ludzie doświadczali życia nadprzyrodzonego, nikt by ich łatwo do religijności nie zniechęcił. Gdzie bowiem znajduje się padlina, tam także zlatują się sępy.

Religia przeżywana bardzo płytko, karmiąca się lękiem przed chorobą, nieszczęściem i śmiercią zaczyna przesłaniać Tego, który chce człowieka prowadzić ku miłości. Niedojrzała religijność może stać się przeszkodą w rozwoju zarówno dla tych, którzy ją praktykują, jak i dla tych, którzy są „na zewnątrz”. Dlatego św. Piotr usłyszał od Jezusa twarde słowa: Zejdź mi z oczu szatanie, jesteś mi zawadą, bo nie prowadzisz ku temu, co Boskie, ale ku temu, co ludzkie – por. Mk 8, 33.

KULT ZEWNĘTRZNY POWINIEN ZAWSZE PROWADZIĆ DO MIŁOŚCI, W PRZECIWNYM RAZIE RELIGIJNOŚĆ STAJE SIĘ BEZUŻYTECZNA LUB WRĘCZ SZKODLIWA.

Religia zinstrumentalizowana może stać się w rękach władców tego świata narzędziem do uprawiania polityki, sposobem powstrzymywania rozwoju społecznego, aparatem manipulacji, może szerzyć nienawiść, zamiast prowadzić do rozwoju rodziny ludzkiej. Ograniczenie zadań religii nawet do tak szlachetnych celów, jakimi są obrona niepodległości lub wspieranie tożsamości narodowej, jest w rzeczywistości jej poniżaniem, bo prawdziwe cele religii są transcendentne. Religijność źle kształtowana i oparta na fałszywych przesłankach teologicznych, może także poważnie szkodzić zdrowiu emocjonalnemu ludzi ją praktykujących.

KATECHEZA 3. CZYM JEST MIŁOŚĆ?

Skoro rozwój ma nas prowadzić ku miłości, potrzebujemy zrozumieć, czym jest miłość. Po czym możemy poznać, że mamy do czynienia z miłością? W jaki sposób miłość oddziałuje na tego, ku któremu jest skierowana? Jeśli Bóg jest miłością, to próba podania jej definicji przekracza ludzkie możliwości. Dlatego zostanie wydobyty pewien aspekt miłości i podana jej definicja, mając pełną świadomość jej niedoskonałości. Brzmi ona następująco: MIŁOŚĆ JEST AKTEM SKIEROWANYM KU DOBRU CZŁOWIEKA.     

1. Miłość jest aktem...

Miłość jest aktem, czyli konkretnym działaniem, które może być podjęte lub też nie. Miłość nie jest uczuciem, z którym bardzo często jest mylona. Miłość może być podtrzymywana przez różne uczucia i to nie tylko te przyjemne, np. uczucie przyjaźni, zakochania, serdeczności, ale także przez te powszechnie uznawane za „negatywne”, np. gniew, zazdrość. O tym, czy uczucie poruszy człowieka ku miłości, decyduje wola i rozum, gdy tych zabraknie, bardzo często mamy katastrofę...

Miłość może się jednak wyrażać poprzez uczucie. Oczyszczona i właściwie przeżywana emocjonalność idzie w parze z miłością. W miarę jak postępujemy w rozwoju, coraz rzadziej musimy działać wbrew uczuciom. Coraz częściej zdarza nam się w jednym akcie miłować i czuć miłość. Zatem: czym posługuje się miłość? Jakie akty należą do porządku miłości? Na czym polega jej działanie? Można powiedzieć, że miłość, podobnie jak ptak, ma dwa skrzydła. Potrzebuje ich obydwu, żeby lecieć do celu – pierwszym skrzydłem jest afirmacja, a drugim wymaganie.

MIŁOŚĆ WYRAŻA SIĘ PRZEZ AFIRMACJĘ I WYMAGANIE

Afirmacja płynie z najgłębszych poziomów duszy. Tylko ten, kto ma serce prawdziwie kochające i zanurzone w Bogu, potrafi autentycznie afirmować. Miłość pozwala drugiemu doświadczyć subiektywnie, że jest miłowany. Gdy afirmacja jest rzeczywista, dokonuje się na wszystkich poziomach ludzkiej natury: fizycznym, emocjonalnym i duchowym. Serca nie da się oszukać – prawdziwa afirmacja to coś więcej niż wypowiadane mechanicznie słowo lub gest czyniony na polecenie rozumu. Afirmacji nie można wyćwiczyć. Jest darem, zarówno dla tego, kto afirmuje, jak i dla tego, kto jest afirmowany. Wyraża się w czułym spojrzeniu, geście, słowie, czasem w milczeniu. Prawdziwa afirmacja jest doświadczeniem mistycznym: zaskakuje, zarówno tego, kto kocha, jak i tego, kto jest kochany. Tak naprawdę, tym, który afirmuje jest Bóg, my jedynie stwarzamy przestrzeń dla Jego miłości. Afirmacja jest czymś pięknym i przyjemnym, wzruszającym i poruszającym do głębi.

Ludzie płacą terapeutom za czas i pomoc, ale nie mogą kupić ich serc, które jest bezcenne. Mogą je im ofiarować wyłącznie sami. Serca nie można kupić ani sprzedać. Nie istnieje skuteczna pomoc drugiemu człowiekowi bez afirmacji na najgłębszym poziomie. Wiele razy człowiek doświadcza tajemniczych chwil, gdy coś się otwiera między terapeutą a potrzebującym człowiekiem. Coś, czego nie można przewidzieć, nie jest związane z posiadaniem wiedzy czy opanowaniem technik terapeutycznych. Nie można tego zaplanować. Jedyne, co można zrobić, to modlić się o to doświadczenie i stwarzać w sobie przestrzeń do spotkania. Pojawia się, gdy jesteśmy gotowi: mistyczny moment, niezwykle intensywne spotkanie z drugim, pełne szacunku pochylenie nad tajemnicą jego cierpienia i rozwoju; całkowite przyjęcie, wzruszenie, które zatrzymuje czas; niewątpliwa i nienazwana obecność łaski, która leczy rany.

Moment głębokiej afirmacji jest trudny do opisania. Jeśli osoba zostanie nim obdarowana, będzie wiedziała,, że to było TO. Gdy się przydarza w gabinecie, jest bardzo często momentem przełomowym w terapii. Czasem wiąże się z całkowitym i natychmiastowym uzdrowieniem. Afirmacja to Bóg pomiędzy nami.

Drugie skrzydło miłości, bez którego miłość nie będzie dojrzała, to wymagania. Stawia się wymagania nie pomimo tego, że się kocha, ale dlatego, że ktoś kocha. Niestawianie wymagań to częsty brak w miłości. Zdarza się, że ludzie mylą miłość bezwarunkową z miłością niestawiającą wymagań. „Skoro Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem – myśli się – to nie muszę nic zmieniać, a inni powinni mnie zaakceptować”. Jednak to nieprawda. Jezus nie przyszedł na świat po to, aby zredukować obraz Boga do rozmiarów ciasnego serca ludzkiego, lecz po to, aby człowieka przebóstwić. Miłość porywa w górę, a dzieje się to między innymi poprzez wymagania.

Jeśli kogoś się kocha, nie pomija się niewygodnej prawdy, utrzymując przyjemną atmosferę kosztem jakości relacji. Nie będzie wahania w mówieniu trudnych rzeczy lub wskazywania na konieczność podjęcia wysiłku. Zdarza się, że stawiając wymagania wywoła się sprzeciw, bo są one w odbiorze czymś nieprzyjemnym i to zarówno dla tego, kto miłuje, jak i dla tego, kto jest miłowany. Jezus wielokrotnie burzył spokój i nazywał rzeczy po imieniu, co nie było łatwe dla słuchaczy, a czasem napotykało na zacięty opór. Nauczyciel mówił o wysiłku, jaki trzeba podjąć, aby za Nim iść. Bóg nie przyszedł na świat po to, aby było nam przyjemnie, lecz aby wynieść nas do godności dzieci Bożych: wolnych i miłujących.

Czasem trzeba włożyć potężny wysiłek, aby postawić granice i wymagania ludziom, których się kocha, ryzykując, że zostanie się odrzuconym. Miłość może podpowiedzieć, by wpuścić do domu kogoś, pomimo że nas zawiódł po raz kolejny. Innym razem, miłość nakaże wystawić jego walizki za drzwi. Miłość nie daje jednego prostego rozwiązania.[7]

Miłość, podobnie jak ptak, nie jest w stanie lecieć na jednym skrzydle. Sama afirmacja nie wystarczy. Nie wystarczą także same wymagania. Potrzeba, aby było i jedno, i drugie. Właśnie o tym pisze Św. Paweł w słynnym „Hymnie o miłości”. Apostoł wymienia akty niezwykłego heroizmu: rozdanie całego majątku, a nawet wydanie samego siebie na śmierć, zaznaczając, że można to wszystko czynić, nie mając miłości. Jeśli zabraknie afirmacji (zabezpieczę kogoś materialnie, ale nie dam mu mojego serca) lub wymagań (osoba, dla której „się spalam”, pozostaje egocentrykiem), to nie ma miłości. Święty Paweł pisze, że miłość jest łaskawa, cierpliwa i nie unosi się gniewem. Prawda to? Oczywiście, że prawda! Z kolei w Ewangelii czytamy, że Jezus ukręcił sobie bicz z postronków, że spoglądał na ludzi z gniewem i nazywał ich pobielanymi grobami. To także jest prawda o miłości.

2. Miłość jest aktem skierowanym ku...

Miłość realizuje się w relacji. Nie jest to wyłącznie filozoficzna ciekawostka – z tego faktu wynikają dla nas praktyczne wnioski. Ponieważ miłość „kieruje się zawsze ku...”, rozwój osobisty należy rozpatrywać w kontekście relacji z innymi ludźmi. Jeśli chce się lepiej czuć, realizować cele i marzenia, pogłębiać życie wewnętrzne, czyli podjąć pracę nad sobą, to nie wolno stracić z oczu celu tych wysiłków, jakim jest dobro drugiego człowieka.

CELEM ROZWOJU NIE JEST PERFEKCJA, LECZ MIŁOŚĆ

Co twoi bliźni będą mieli z tego, że podejmiesz pracę nad sobą i zaczniesz się lepiej czuć, pogłębisz swoje życie wewnętrzne i pozbędziesz się jakiejś wady lub złej skłonności? Byłoby dla nas niebezpieczną pułapką oderwać swój wysiłek wewnętrzny od realnego i konkretnego dobra innych ludzi. Jeśli staniesz się celem dla samego siebie (egocentryzm), będziesz przypominać kogoś, kto patrząc daleko wprzód, widzi własne plecy. Gubią istotny cel działania, człowiek przypomina psa goniącego swój ogon. Ważne, aby pamiętać, że sama motywacja do podjęcia rozwoju powinna wynikać z miłości, a więc: rozwijam się dla dobra innych, a nie tylko po to, by zadowolić swoje ego. Pracując nad sobą można nie zauważyć, że kręcimy się wokół siebie.

Zdarza się często, że osoby dotknięte kompulsjami seksualnymi, właściwie o niczym innym nie myślą i niczym innym się nie zajmują, jak tylko walką, by nie upaść po raz kolejny. Oczywiście zmaganie o czystość jest czymś niezwykle potrzebnym i szlachetnym, jednak może subtelnie stać się egocentryczne. Poznaje się to po tym, że ktoś prowadzi walkę wyłącznie w obszarze negatywnym (byle czegoś złego nie robić) i popada w rozpacz, gdy upadnie po raz kolejny. I, co może się wydawać najdziwniejsze, choć upadł już setki razy, wcale nie stal się przez to pokornym człowiekiem, bo nadal bardzo surowo osądza innych ludzi. W sumie nie widzi u siebie większych grzechów poza masturbacją. Jest ona jedynym grzechem doprowadzającym go do konfesjonału: spowiada się od „wpadki do wpadki”. Jakkolwiek to zabrzmi dziwnie dla niektórych, lubimy czasem zadać takiemu „zgnębionemu sobą” człowiekowi pytanie: „Co zyska świat, gdy przestaniesz się masturbować? Kto dostanie od ciebie więcej miłości? A czy mógłbyś już dziś podjąć tę miłość? Nawet pomimo twoich upadków? Może jest dla ciebie lepsze wejść do nieba skruszonym i małym z powodu tej kompulsji seksualnej, której przecież szczerze nie chcesz popełniać, niż nie wejść tam z powodu twojej pychy? A skoro na razie nie potrafisz tego przerwać, to co możesz podjąć w obszarze dla ciebie możliwym do wykonania? Jakie dobro czeka na podjęcie? Co nie znaczy oczywiście, że masz się poddać nieczystości”. Taka rozmowa zmienia perspektywę i otwiera na szybsze uwolnienie od nałogu.

Nie można odrywać swego rozwoju od kontekstu, jakim jest dobro bliźnich. Jeśli chcemy sprawdzić, czy miłujesz właściwie, zastanów się, co powiedzieliby o tobie twoi najbliżsi: rodzina, współpracownicy, znajomi i przyjaciele. Czy powiedzieliby, że doświadczają od ciebie dobra? Czy swoje wysiłki duchowe umieszczasz w ich kontekście, czy też zmaganie i wysiłki koncentrują cię wyłącznie na tobie?

3. Miłość jest aktem skierowanym ku dobru człowieka...

Szansa na rozwój – oto jeden z największych darów ofiarowywanych przez prawdziwą miłość. Jeśli chcesz sprawdzić, czy kochasz kogoś właściwie, zastanów się przez chwilę, jakie owoce pojawiają się w jego życiu, dzięki twojej miłości? Jeśli ma się do czynienia z rzeczywistym miłowaniem, osoba kochana będzie się rozwijać lub przynajmniej będzie miała szansę na wzrost wewnętrzny. Nie masz oczywiście wpływu na to, czy ktoś przez ciebie miłowany podejmie swój rozwój, jednak miłość daje mu na to szansę: czy z niej skorzysta, zależy tylko od niego samego.

MIŁOŚĆ JEST AKTEM SŁUŻĄCYM ROZWOJOWI CZŁOWIEKA.

Pewna kobieta mówiła: „Całe moje życie poświęciłam synowi, tak bardzo go kochałam. Gdy był mały, nie odstępowałam od niego na krok, aby mu się nic nie stało. Gdy poszedł do szkoły, na każdej przerwie byłam u niego z gorącą herbatką i kanapkami. Gdy zdał do liceum, zawsze na niego czekałam, by nie wracał sam. A gdy poszedł na studia, przeprowadziłam się z nim na drugi koniec Polski, aby mu sprzątać i gotować, by miał czas na naukę. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego on mnie teraz nienawidzi, jest gejem i alkoholikiem... Ja go przecież tak bardzo kochałam... Opisana osoba czuła „coś” wobec swego syna i to „coś” nazywała miłością. Nie kochała go jednak w rozumieniu tej definicji, ponieważ jej relacja nie prowadziła go ku dojrzałości. Ona sama również się nie rozwijała! Prawidłowo przeżywane macierzyństwo i ojcostwo rozwija nie tylko dzieci, ale i rodziców.

Ponieważ miłość prowadzi do rozwoju, mężczyzna zdradzający żonę nie miłuje prawdziwie swej kochanki, choć może być przekonany, że ją kocha. Zdrada nigdy nikogo nie rozwija! Nie kochają się także młodzi, którzy idą do łóżka bez żadnej odpowiedzialności, biorąc od siebie coś, czego nie będą mogli zwrócić, jeśli ich drogi się rozejdą. Gdyby miłowali się w rzeczywisty sposób, zadbaliby o rozwijanie cnoty czystości, co dałoby dobre owoce w ich małżeńskim życiu, bo zdolność zachowania wstrzemięźliwości seksualnej jest ważną składową zintegrowanej i dojrzałej osobowości.

RELACJA MIŁOŚCI ROZWIJA ZARÓWNO OSOBĘ MIŁOWANĄ, JAK I MIŁUJĄCĄ

Zdarza się, że ktoś żyje w pozornym dylemacie: „albo zadbam o siebie i wtedy odbędzie się to kosztem drugiego, albo zadbam o niego, ale wtedy mi będzie źle”. Jeżeli znaleźliście się kiedykolwiek w podobnej sytuacji, to znaczy, że popełnialiście błąd wynikający właśnie ze złego rozumienia dobra, którym obdarowuje miłość. Gdyby przetłumaczyć „dobro” na rozwój, to okaże się, że sytuacja wygląda następująco: albo oboje (ty i drugi człowiek, z którym miałeś problem) mogliście wejść na drogę rozwoju, albo obie strony mogły się zinfantylizować, porzucając wysiłek rozwoju. Nigdy nie stoi się przed dylematem: „mój rozwój kosztem twojego” lub odwrotnie. W prawdziwej miłości taki dylemat nie istnieje. Trzeba jedynie właściwie odczytać, na czym będzie polegał rozwój.

I jeszcze jedna bardzo ważna uwaga: rozwój nie zawsze jest przyjemny. Miłość niekoniecznie poprawia nastrój tym, których kochamy![8] Może się oczywiście zdarzyć, że ktoś, kogo się kocha, odbierze twoją postawę jako brak miłości, bo nie będzie chciał podjąć wysiłku własnego rozwoju. Czasem bywa tak, że człowiek dryfujący na krze oczekuje, że ratownik wskoczy do niego na lód. Jednak nikt rozsądny nie powinien w ten sposób ratować bliźniego. „Chwyć się liny” – taką odpowiedź usłyszy rozbitek. Jednak nie każdy ją rozumie i niejeden zawoła z żalem: „Gdybyś mnie kochał naprawdę, wskoczyłbyś do mnie na krę, aby mnie uratować”. Wtedy jednak trzeba odpowiedzieć: „Właśnie dlatego, że cię kocham, nie mogę tego zrobić. To ty musisz wyjść na stały ląd. Rzucam ci linę, możesz się jej złapać!”. Doświadczenie pokazuje, że taka odpowiedź nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Miłość stwarza przestrzeń do rozwoju i mobilizuje do niego, jednak nie daje gwarancji, że osoba miłowana ten rozwój podejmie: czy złapie w końcu za linę, czy pozostanie w żalu, mając nawet poczucie, że nie jest kochana.

MIŁOŚĆ = ROZWÓJ

Gdy myśli się o miłości i rozwoju, mamy do czynienia z zachwycającą tajemnicą:

RZECZYWISTY ROZWÓJ PROWADZI DO CORAZ WIĘKSZEJ MIŁOŚCI, A PRAWDZIWA MIŁOŚĆ PROWADZI DO ROZWOJU.

To cudowne dodatnie sprzężenie zwrotne nieustannie wzmacnia się: rozwój => większa miłość => szybszy rozwój = > większa miłość i tak bez końca, aż do zjednoczenia z Bogiem. A ponieważ nieskończony Bóg jest miłością, twój rozwój prawdopodobnie nie będzie miał końca, nawet w wieczności! Kto zdecyduje się wejść na drogę rozwoju i nie zejdzie z niej, będzie postępował naprzód coraz szybciej, podobnie jak coraz szybciej porusza się kamień spadający na ziemię pod wpływem grawitacji. Na tym polega tajemnica wielkich świętych, których życie doznawało duchowego rozpędu. Jeśli nie widzisz w sobie tego przyrastania miłości, może to oznaczać, że twoje życie wewnętrzne nie jest właściwie „ustawione”. Warto się nad tym zastanowić.

I ZARAZEM ZOSTALIŚMY STWORZENI, BY BYĆ SZCZĘŚLIWYMI LUDŹMI.

Może ktoś sobie myśli: „Gdybym tylko mieszkał gdzie indziej, miał inną pracę, inny wygląd, inne zdrowie, inną rodzinę, innych ludzi obok mnie. Słowem, gdyby okoliczności mojego życia były inne, wtedy byłbym szczęśliwy”. Wiele osób myśli w ten sposób, uważając, że „szczęście się ma, gdy ma się szczęście”. Ze szczęściem, według nich, bywa tak, jak z losem na loterii, na którego trafienie nie mamy zupełnie wpływu. Znane polskie powiedzenie „w czepku urodzony” sugeruje, że niektórzy mają szczęście, a niektórzy nie. Tak jednak nie jest. Jak osiągnąć poczucie szczęścia i spełnienia w życiu? Są trzy pułapki, w które można wpaść, poszukując szczęścia. Kto w nie wpadnie, nie może szczęścia odnaleźć.

KATECHEZA 4. TRZY PUŁAPKI NA DRODZE DO SZCZĘŚCIA.

1. Utożsamianie szczęścia z przyjemnością.

2. Próba osiągnięcia szczęścia na drodze działania zewnętrznego.

3. Poszukiwanie szczęścia z pominięciem człowieka.

1. Utożsamianie szczęścia z przyjemnością

Popełnienie tego błędu niesie negatywną konsekwencję polegającą na unikaniu wszelkiego trudu, ponieważ ten nie jest przyjemy. A ponieważ bez trudu nie ma rozwoju, unikanie nieprzyjemności będzie groziło infantylizmem. Inna niekorzystna konsekwencja wpadnięcia w pierwszą pułapkę polega na tym, że człowiek, który chce być szczęśliwy, będzie angażował wszystkie swoje działania w tym celu, aby doświadczać jak najwięcej przyjemności. Niemal każda reklama odnosi się do przyjemności, ponieważ powszechnie utożsamia się ją ze szczęściem. Jeśli człowiek ulegnie temu złudzeniu, będzie robić wszystko, by produkt = przyjemność = szczęście, by je osiągnąć, należy tracić energię na pogoń za rzeczami nieistotnymi. Niektórzy orientują się bardzo późno, tuż przed śmiercią, że popełnili życiowy błąd. Wniosek: nie ma nic złego w odczuwaniu przyjemności, ale szczęście nie jest zależne od tego, czy ją odczuwamy, czy nie. Mogę być szczęśliwy, nie doświadczając przyjemności. Jestem powołany do szczęścia, a nie do przyjemności. Pogoń za przyjemnością nie zaspokoi serca człowieka.

2. Próba osiągnięcia szczęścia na drodze działania zewnętrznego

Jeśli człowiek wpadnie w tę pułapkę, będzie organizował świat wokół siebie po to, aby być szczęśliwym lub będzie uważał, że w warunkach, w których się znalazł, szczęścia osiągnąć się nie da. To dlatego niektórzy wciąż poszukują czegoś na zewnątrz siebie: idealnego miejsca, niezapomnianej chwili, niepowtarzalnego przedmiotu, pięknego otoczenia, „tego jedynego” człowieka lub używki – chcą przez chwilę poczuć się szczęśliwi. Człowiek tęskni do głębokiego pokoju i spełnienia, ale błędnie poszukuje tego na zewnątrz siebie. Stan „uwolnienia” jest pociągający tak bardzo, że ludzie są gotowi sięgać po narkotyki, alkohol, przypadkowe relacje seksualne i afekty, aby go na chwilę doświadczyć. Lecz to „uwolnienie” trwa tylko przez chwilę i jest imitacją tego, co przeżywamy na stałe w autentycznie szczęśliwym życiu. Poczucie szczęścia ma niewiele wspólnego z ekstatycznym i przejściowym doładowaniem emocjonalnym.

3. Poszukiwanie szczęścia z pominięciem człowieka

Wielu chce ochronić swój „maleńki świat”, izolując się od ludzi lub nawet ich niszcząc. Każdy „obcy” lub „inny” jest potencjalnie niebezpieczny, bo może się okazać konkurentem do, i tak zbyt małych zasobów, dóbr. Niektórzy upatrują własnego szczęścia w nieobecności innych ludzi. Chcąc zachować niezależność, „wyzwalają się” od ludzi i popadają w samotność. Szczęścia nie da się także zbudować na krzywdzie ludzkiej. Jak zatem możemy osiągnąć szczęście?

Szczęście jest „produktem ubocznym” rozwoju. Pojawia się ono niejako „przy okazji” miłości i polega na poszerzeniu naszej świadomości, głębokiej harmonii z całym stworzeniem, uważności  i pokoju serca. Szczęście wynika ze zjednoczenia z Bogiem. Rozwijając się, a więc miłując coraz bardziej, osiąga się poczucie szczęścia, sensu i spełnienia, za którym tak się tęskni. Szczęście nie jest więc czymś, co jest ci dane lub niedane „z góry”.

CZŁOWIEK OSIĄGA SZCZĘŚCIE, CZYNIĄC Z SAMEGO SIEBIE BEZINTERESOWNY DAR DLA BLIŹNIEGO

Twój rozwój prowadzi w tym właśnie kierunku. Im bardziej żyjesz dla TY, tym szybciej dojrzewa JA. Paradoks polega na tym, że człowiek znajduje szczęście, gdy tego szczęścia nie poszukuje dla siebie. Kto robi wszystko, by posiąść szczęście, ten go nigdy nie znajdzie. Drogę do szczęścia odkrywa się niespodziewanie, zapominając o sobie.

KATECHEZA V. JA FAŁSZYWE

Po grzechu pierworodnym wszyscy ludzie znajdują się w swoistym nieporządku, polegającym na oderwaniu od Miłości. Nawet, jeśli miało się najwspanialszych rodziców, to nie potrafili oni kochać tak, jak kocha Bóg. Wszyscy rodzice popełniają wobec swych dzieci mniejsze lub większe błędy i choćby nieświadomie, i nie ze złej woli, to jednak je ranią. Od urodzenia nikt nie jest kochany przez ludzi na miarę potrzeb jego serca.

Co musi czuć mała dziewczynka, która dowiaduje się, że tata odszedł do innej pani? Co musi czuć chłopiec molestowany przez własną matkę? Co czuje dziecko, gdy na oczach wszystkich sąsiadów musi przyprowadzić pijanego rodzica do domu? Co przeżywa dziecko bite lub kochane warunkowo (za coś lub po coś), które nie usłyszy nigdy słów pełnych miłości? Co musi przeżywać dziecko wyśmiane przy całej klasie lub odrzucone przez rówieśników? Co czuje dziecko, gdy ma wrażenie, że jest mniej kochane lub gorzej traktowane przez rodziców niż pozostałe rodzeństwo?

Może nie przeżyło się w swoim dzieciństwie takich dramatów jak alkoholizm, rozwód rodziców, przemoc fizyczna czy molestowanie, ale nawet drobna sprzeczka rodziców potężnie potrafi zaburzyć poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy sobie wyobrazić, co by się poczuło, gdyby nagle okazało się, że jedność Trójcy Świętej się rozpada? Jak bardzo zachwiałoby to światem człowieka, gdyby się on dowiedział, że Bóg nie jest miłością, że jest egocentryczny i podzielony? A tak właśnie czuje się dziecko, gdy dwie najbliższe mu osoby zaczynają ze sobą walczyć.

Każdy człowiek musiał sobie jakoś radzić w niekorzystnych warunkach, w jakich się znalazł. Stworzeni z miłości i dla miłości wszyscy ludzie napotykali rzeczywistość odbiegającą od świata idealnego. Aby przetrwać, dziecko musi wytworzyć specyficzny mechanizm obronny, polegający na „niewidzeniu" tego, co się dzieje. Dziecko zaczyna zachowywać się w charakterystyczny sposób, przybiera określone strategie i zaczyna funkcjonować na odruchu emocjonalnym, pozwalającym mu przeżyć. W skrajnej sytuacji dziecko mogłoby przestać się rozwijać lub nawet umrzeć, gdyby nie wytworzyło mechanizmu obronnego. Na początku jest więc on czymś niezbędnym, ratującym życie, jednak w wieku dorosłym zaczyna przeszkadzać i prowadzi do negatywnych konsekwencji. To, co kiedyś pozwalało się ukryć, staje się więzieniem, z którego bardzo trudno się wydostać. Mechanizmy obronne nabyte w dzieciństwie i wynikające z nich, specyficzne obronne funkcjonowanie emocjonalne, intelektualne i społeczne człowieka, będziemy nazywać JA FAŁSZYWYM.

,JA FAŁSZYWE” TO FAŁSZYWA TOŻSAMOŚĆ CZŁOWIEKA, UNIEMOŻLIWIAJĄCA MU WCHODZENIE W OWOCNĄ RELACJĘ Z SAMYM SOBĄ, BLIŹNIMI I BOGIEM. TWORZĄ JĄ MECHANIZMY OBRONNE NABYTE W DZIECIŃSTWIE.

„ŻYCIE NA JA FAŁSZYWYM” TO SPECYFICZNE (OBRONNE) FUNKCJONOWANIE EMOCJONALNE, INTELEKTUALNE I SPOŁECZNE CZŁOWIEKA, CZEGO KONSEKWENCJĄ JEST MNIEJSZY LUB WIĘKSZY BRAK KONTAKTU Z RZECZYWISTOŚCIĄ (ZAWĘŻENIE ŚWIADOMOŚCI).

„JA PRAWDZIWE” TO PRAWDZIWA TOŻSAMOŚĆ OSOBY, UMOŻLIWIAJĄCA MIŁOŚĆ DO SAMEGO SIEBIE, BLIŹNICH I BOGA.

„ŻYCIE W JA PRAWDZIWYM” JEST ŻYCIEM W PRAWDZIE, W PEŁNEJ WOLNOŚCI, W KONTAKCIE Z WŁASNĄ WARTOŚCIĄ I RZECZYWISTOŚCIĄ (POSZERZANIE ŚWIADOMOŚCI).

Każdy człowiek na początku swojej drogi w niniejszym lub większym stopniu funkcjonuje w JA FAŁSZYWYM, którego korzenie sięgają bardzo głęboko, do samych początków życia, być może nawet do okresu płodowego, bo i wtedy dziecko jest narażone na stres i odrzucenie. JA FAŁSZYWE staje się więc codziennym sposobem funkcjonowania do momentu, gdy osoba nie podejmie świadomego rozwoju. Jeśli ktoś nie decyduje się na pracę nad sobą, dzieje się rzecz najgorsza z możliwych: człowiek utożsamia się z JA FAŁSZYWYM, nie zdając sobie sprawy z tego, że ma do czynienia z pakietem mechanizmów obronnych, które powstały w dzieciństwie. JA FAŁSZYWE staje się fałszywą tożsamością. W ten sposób żyje w całkowitym oderwaniu od siebie samego, w świecie nierzeczywistym – jego uczucia, myśli, wybory pochodzą z czegoś, co w rzeczywistości nie istnieje, jest tylko strategią obrony. Wiele osób, a w cywilizacji zachodniej zdecydowana większość, żyje w swoistej nieprzytomności. Nie mając dostępu do samych siebie, żyjąc na JA FAŁSZYWYM, nie mają także dostępu do drugiego człowieka, a także do Boga, takiego, jakim ON JEST. Oto dramat człowieka po grzechu pierworodnym. Używając języka psychologii, można powiedzieć: oto istotna przyczyna neurotyczności!

Wszystkie mechanizmy JA FAŁSZYWEGO można podsumować jednym zdaniem: „Taki, jaki jestem, nie zasługuję na miłość i w związku z tym potrzebuję się ukryć”. JA FAŁSZYWE sprawia, że człowiek ukrywa się przed Bogiem i innymi ludźmi, podstawowym zaś uczuciem, jakie mu towarzyszy, jest wstyd. To on sprawia, że człowiek przybiera najróżniejsze strategie: jeden będzie unikał ludzi, inny będzie „gwiazdą towarzystwa”. To, że pierwszy nie wychodzi z domu i być może powiedziałby o sobie, że jest nieśmiały, a drugi jest żartownisiem i wszędzie go widać, nie ma zupełnie znaczenia. W obydwu przypadkach motywacją do przyjmowania określonej pozy jest brak akceptacji siebie samego i wynikająca z tego próba ukrycia się. Obaj znajdują się we władzy JA FAŁSZYWEGO, które staje się potężną siłą determinującą sposób funkcjonowania.

Gdy zwierzęta się boją, uciekają lub atakują. Identycznie zachowują się ludzie, gdy odczuwają lęk. Jedni wycofują się w swój świat i próbują za wszelką cenę go ocalić. Będzie to świat ograniczony zewnętrznie (niejednokrotnie do własnego fotela i telewizora), czasem do pasji, na przykład działki, sportu lub nawet religijności, która może dawać pozory życia, lecz w rzeczywistości jest formą ucieczki. Do ukrywania się świetnie nadaje się alkohol i inne środki odurzające. JA FAŁSZYWE kształtuje także ograniczony świat wewnętrzny: sposób myślenia, poglądy i postawy intelektualne pełne lęku wobec odmienności. Człowiek ogranicza się do „jedynie słusznego sposobu myślenia”, tworzy swoistą „sektę intelektualną” w głowie, a wszystko po to, aby się ukryć przed drugim człowiekiem. JA FAŁSZYWE wyprowadza intelekt do świata fantazji – człowiek więcej fantazjuje, niż przebywa w rzeczywistych relacjach i wydarzeniach.

Inną reakcją na lęk jest agresja.[1] Człowiek zachowujący się agresywnie i stosujący przemoc (emocjonalną, słowną lub fizyczną) boi się. Za każdym więc własnym agresywnym zachowaniem człowieka kryje się lęk. Atakuje ten, kto się boi. Duży i silny pies nie musi nawet szczekać. Wystraszony mały kundelek może ci poszarpać nagawkę.[2]

Ludzie przyjmują dwa skrajnie odmienne modele mechanizmów obronnych, choć u ich podstaw leży porównywalne zranienie. Podobnie jak istnieje pozytyw i negatyw zdjęcia, które są ciągle tym samym obrazem, tak są dwa rodzaje postaw i zachowań (wersją smutną i wesołą), wywodzących się z JA FAŁSZYWEGO.[3]

Pierwsza, smutna „wersja” JA FAŁSZYWEGO, to życie w izolacji od innych, w poczuciu bezwartościowości i przekonaniu, że się jest „nie takim”: nieatrakcyjnym, nieinteligentnym, bez perspektyw, nikomu niepotrzebnym itp. Tę odmianę nazywa się „smutną”, bo smutek i obniżony nastrój wysuwają się tu na pierwszy plan. Osoba w tej wersji JA FAŁSZYWEGO nie podejmuje żadnych wyzwań i relacji, bojąc się odrzucenia. Jest przekonana, że nic jej w życiu nie wyjdzie i że w sumie nikt jej nie lubi.

Druga wersja jest dla odmiany wesoła, jednak nie radosna, bo choć człowiek sprawia wrażenie szczęśliwego, jego „wesołe” zachowanie jest wynikiem działania mechanizmów obronnych. W tym wariancie człowiek może prezentować dużą przebojowość, jest często hałaśliwą duszą towarzystwa, nierzadko osiąga sukcesy (w polityce, kulturze, mediach, biznesie, a nawet w strukturach kościelnych), jednak, podobnie jak w wersji smutnej, nie akceptuje samego siebie. To właśnie nieświadome odrzucanie siebie staje się motorem wszelkich działań, którymi JA FAŁSZYWE próbuje udowodnić swoje znaczenie i wartość. Osoby takie robią czasem karierę i stają się tak zwanymi celebrytami.

„Smutne JA FAŁSZYWE” jest mniej przyjemne i przez to, paradoksalnie, daje większą szansę na zmianę niż „wersja wesoła”. Człowiek odnoszący „sukcesy” może nie zauważyć, że tkwi całymi latami w pułapce.[4]

Mechanizmy obronne uniemożliwiają prawdziwe miłowanie. JA FAŁSZYWE może najwyżej podrabiać miłość, jeśli więc człowiek pozostanie na jego poziomie, będzie zdolny do lepszej lub gorszej imitacji. Prawdziwa miłość jest całkowicie bezwarunkowa, podczas gdy z poziomu JA FAŁSZYWEGO mamy do czynienia z jej infantylną formą pod postacią „transakcji handlowej”.

JA FAŁSZYWE KOCHA „ZA COŚ” LUB „PO COŚ” – WYŁĄCZNIE DO MOMENTU, W KTÓRYM ODNOSI SUBIEKTYWNĄ, EGOCENTRYCZNĄ KORZYŚĆ.

Ma się więc do czynienia z podróbkami miłości w postaci „uwieszania się” na kimś (z tej „wersji” JA FAŁSZYWEGO pochodzi chorobliwa, często sięgająca paranoi zazdrość) lub w formie wiecznego kupowania czyjegoś afektu (z tej „wersji” z kolei będzie pochodzić brak asertywności, swoiste emocjonalne prostytuowanie się: „byle tylko mnie kochali”). Gdy JA FAŁSZYWE ma przekroczyć siebie i wejść w miłość prawdziwą, która nigdy nie jest pozbawiona elementu ofiary, wycofuje się i zamyka, uciekając w izolację.

KATECHEZA VI. „BOSKIE ASPIRACJE” JA FAŁSZYWEGO

JA FAŁSZYWE ma boskie aspiracje i umieszcza poprzeczkę wymagań na poziomie boskim, niemożliwym do osiągnięcia. Można wyodrębnić cztery główne „boskie” przymusy wewnętrzne, jakim ulega osoba dotknięta tzw. „niskim poczuciem wartości”.

„BOSKIE ASPIRACJE” JA FAŁSZYWEGO: 

1. WSZYSTKO MUSI Ml WYCHODZIĆ.

2. WSZYSCY POWINNI MNIE LUBIĆ I SZANOWAĆ.

3. WSZYSTKO POWINNO IŚĆ PO MOJEJ MYŚLI.

4. KAŻDY CZŁOWIEK POWINIEN MYŚLEĆ I DZIAŁAĆ ZGODNIE Z TYM, JAK JA UWAŻAM.     

1. WSZYSTKO MUSI Ml WYCHODZIĆ

Gdy ktoś żyje pod przymusem, że wszystko musi mu wychodzić, przeżywa okropne chwile, jeśli coś mu nie wyjdzie. Człowiek chce, aby mu wszystko wychodziło, ale doskonale wie, że tak się nie będzie działo zawsze. Cóż, każdy jednak jest tylko „zwykłym człowiekiem”! Co innego „bogowie”, im zawsze wszystko musi wyjść! Jeśli więc człowiek, który ma boskie aspiracje, skonfrontuje się z tym, że coś mu się nie udało (czyli, że jednak bogiem nie jest), spada z ogromnej wysokości i mocno się tłucze. Popada w smutek, a nawet w rozpacz, przeżywając potężną frustrację i wycofuje się w ogóle z jakiegokolwiek działania. JA FAŁSZYWE nie jest w stanie znieść żadnej porażki. „Zwykli ludzie”, również nie czują się przyjemnie, gdy im coś nie wyjdzie, ale cóż, „zwykłym ludziom” może nie wyjść! Będą próbować dalej. Dla JA FAŁSZYWEGO porażka jest czymś okropnym![1]

Są osoby, u których niemal panikę wywołuje myśl, że mogłoby się „wydać”, że korzystają z pomocy terapeutycznej. Ogromną obawę budzi w nich możliwość spotkania terapeuty na prywatnej stopie, bo przecież sama znajomość może świadczyć o tym, że chodzą na terapię. Rozumie się oczywistą potrzebę intymności ludzi przychodzących terapię, ale bardzo nasilony lęk tego typu demaskuje boski przymus JA FAŁSZYWEGO: nikt nie może się dowiedzieć, że mam problemy – przecież bogowie ich nie powinni mieć.

JA FAŁSZYWE potrafi bez przerwy konkurować z innymi. Staje w szranki i porównuje się: „Czy jestem wystarczająco dobre?” To sprawia, że osoby z tzw. niskim poczuciem wartości, wycofują się z wielu działań życiowych. Jeśli ktoś ma aspiracje, aby być Bogiem, musi być najlepszy.

2. WSZYSCY POWINNI MNIE LUBIĆ I SZANOWAĆ

Jeśli ktoś ma boski przymus, że wszyscy muszą go, lubić, chwalić i szanować, to gdy się skonfrontuje z postawą niechęci lub z nawet delikatną krytyką, przeżywa ogromne upokorzenie. Dla JA FAŁSZYWEGO nie do zniesienia jest sytuacja, że coś się komuś w nim nie podoba. „Zwykli ludzie”, doskonale wiedzą, że „jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził” i dlatego ich można skrytykować, można mieć jakiś defekt ciała, ich wygląd nie musi być perfekcyjny. Oni mogą się publicznie zająknąć, przyznać do błędu, mogą mieć plamę na spodniach itp. Ale oni są „zwykłymi ludźmi”! Owszem, jest im przykro, gdy ktoś ma coś przeciwko min, ale tak już w życiu bywa. Tylko ten, co nic nie robi, nie popełnia błędów i nie podlega krytyce.

Co innego bogowie! Ci muszą być perfekcyjni, bo muszą doznawać od ludzi niemal boskiej czci. Jeśli coś im nie wyjdzie, przeżywają okropną frustrację. Absolutnie nie wolno ich skrytykować lub z nich żartować. Jeśli zdarzy się komuś zapomnieć o ich imieninach, będzie koniec świata. Jeżeli ważna dla nich osoba wyróżni kogoś innego (np. uśmiechnie się, zaprosi do tańca lub podejdzie, by porozmawiać na przyjęciu), są bliscy załamania, ponieważ okazuje się, że są traktowani na równi z innymi, podczas gdy ich JA FAŁSZYWE chciałoby być bogiem i tak jak Bóg otrzymywać boską cześć. Gdy tak się nie dzieje, człowiek „z niskim poczuciem wartości” czuje się głęboko zraniony i postanawia, że „już nigdy nie będzie się wychylać”, zrywa znajomość lub stara się zniszczyć tego, kto go skrytykował (dzieje się to bardzo często nieświadomie). „Skoro tak się sprawy mają, nie warto utrzymywać kontaktu” – myśli sobie JA FAŁSZYWE i porusza się wyłącznie w obszarze, w którym jego „boska pozycja” jest niezagrożona.[2]

3. WSZYSTKO POWINNO IŚĆ PO MOJEJ MYŚLI

Jeśli ktoś ma „boski przymus”, że wszystko powinno iść po jego myśli, będzie przeżywał tragedię, gdy coś pójdzie nie tak, jak oczekuje. A wszystko może pójść nie tak: na urlopie może padać deszcz, pociąg może się spóźnić, można „złapać gumę” w trakcie pilnej podróży samochodem, ktoś może nam sprzed nosa kupić ostatni świeży chleb. Można także rozchorować się, zestarzeć i nawet umrzeć (dla niektórych to ostatnie wydaje się czymś nieprawdopodobnym). „Zwykłym ludziom” to się zdarza. Życie jest trudne – o tym się wie i należy jakoś sobie radzić. Owszem, człowiek nie jest obojętny na trudności i martwi się czasem z bardzo różnych powodów; jest mu przykro i cierpi, taki jednak jest człowieczy los.

Co innego bogowie, oni każdą przeciwność przeżywają jak koniec świata! Upadek z „boskich wysokości” prowadzi ich do zdumiewającego odkrycia, że są tylko ludźmi. Dla wielu bogów jest to nie do zniesienia i wpadają we frustrację, smutek, melancholię lub depresję. Nie chce im się żyć. JA FAŁSZYWE chciałoby przenieść do wieczności swoje fałszywe życie, ale to mu się nie uda!

4. KAŻDY CZŁOWIEK POWINIEN MYŚLEĆ I DZIAŁAĆ ZGODNIE Z TYM, JAK JA UWAŻAM

Czwarty przymus to „chcieć, aby wszyscy myśleli i działali zgodnie z tym, co ja uważam”. Ten przymus jest być może najbardziej boski, bo oznacza po prostu stwarzać bliźniego na własny obraz i podobieństwo. Być może jest to także najbardziej rozpowszechniony przymus, przynajmniej w Polsce. Wystarczy przysłuchać się nocnym Polaków rozmowom na tematy polityczne. Oto pragnienia JA FAŁSZYWEGO: „Zawładnąć drugim, mieć go dla siebie w całości, sprawić, by był zainteresowany wyłącznie mną, sprawić, by myślał wyłącznie to, co ja uważam za słuszne, by zachowywał się wyłącznie w taki sposób, jaki ja akceptuję, by miał moje (oczywiście najlepsze i najsłuszniejsze) poglądy polityczne”. Z tego właśnie boskiego przymusu bierze się chorobliwa zazdrość i ambicja, niekiedy nawet wybuchy szału wobec ludzi inaczej myślących, o odmiennych poglądach, wyglądzie i zachowaniu. „Boskie” JA FAŁSZYWE zmierza do tego, aby wszystkich skupić na sobie, by kształtować świat według swego wyobrażenia. Gdy się to nie udaje, wpada we frustrację, izoluje się lub (częściej) atakuje. Większość sprawców przemocy to ludzie niedowartościowani.[3]

Zagadnienia, które tu się omawia, znajdują się na styku psychologii i duchowości. Patrząc na działalność Jezusa od strony psychologii, można zobaczyć, że wzywał On ludzi do tego, by zdecydowali się na porzucenie JA FAŁSZYWEGO i poszukiwali PRAWDZIWEGO JA. Zdania: Kto chce zachować swoje życie, ten je straci (por. Łk 17,33). Jeśli ziarno nie obumrze, pozostanie samo (por. J 12, 24), możemy sparafrazować: „Kto chce zachować JA FAŁSZYWE, ten straci JA PRAWDZIWE”, „Jeśli JA FAŁSZYWE nie obumrze, nie będziesz zdolny do miłości”. Przypowieść o budowaniu na piasku lub na skale rzuca światło na to, jak warto żyć: czy budując na JA FAŁSZYWYM (piasek), czy też opierając się na swej rzeczywistej wartości, która pochodzi od Boga (skała)?

Słynne zdanie Św. Pawła również można odczytać w tym kontekście: „Już nie JA (FAŁSZYWE) żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (por. Ga 2, 20). Okazuje się, że rozpad JA FAŁSZYWEGO otwiera nas na przyjęcie łaski. Gdy podróbka życia rozpadnie się, nic już nie stoi na drodze do przebóstwienia. Byśmy jednak mogli tego doświadczyć, JA FAŁSZYWE musi ulec całkowitemu unicestwieniu. Dopiero

 

 
     

Proboszcz: Ks. Kanonik Andrzej Biernat; Admin - Webmaster: Ks. Grzegorz Kozłowicz

Copyright 2007 - Realizacja KreAtoR